W marcu ruszamy z kolejnym cyklem szkoleń!
Już w marcu rusza kolejny cykl Warsztatów Przedsiębiorczości Akademickiej! W szkoleniach mogą wziąć udział studenci oraz absolwenci (do roku od ukończenia studiów) śląskich uczelni wyższych. Zajęcia będą dotyczyły zagadnień związanych z zakładaniem własnej działalności gospodarczej oraz umiejętności niezbędnych do jej prowadzenia.

Do trzech razy sztuka!
"Bycie przedsiębiorcą to styl życia, nie praca" mówi Anna Knysak, obecnie właścicielka firmy zajmującej się organizacją szkoleń i spotkań firmowych (w przyszłości chce rozwijać swój inny pomysł - mobilną szkołę języka angielskiego).
Anna Młynarczyk: Kiedy pojawił się pomysł na własny biznes i jak wyglądały początki jego realizacji.
Anna Knysak: Od dłuższego czasu wiedziałam, że chcę prowadzić własną firmę. Od pierwszych lat studiów chodziłam na kursy i szkolenia jak założyć własną firmę, jak sporządzić biznesplan, jak się motywować do działania i jak negocjować. Od tamtego momentu minęło wiele czasu zanim wpadłam na pomysł, czym mogłaby się zajmować moja firma. Pierwszym pomysłem było założenie mobilnej szkoły języka angielskiego. Byłam wtedy na trzecim roku studiów i nie miałam żadnych funduszy, żeby założyć taką działalność. Postanowiłam, więc ubiegać się o dotację z Unii Europejskiej dla początkujących przedsiębiorców. Niestety nie uzyskałam środków, o które wnioskowałam, ale widziałam swój wniosek oceniony całkiem wysoko, więc wytłumaczyłam sobie, że widocznie byłam za młoda, żeby dostać tą dotację. Według mojego planu nie mogłam rozpocząć tej działalności bez pieniędzy, więc zaczęłam się zastanawiać nad innym pomysłem, który będzie nisko kosztowy, albo nie będzie generować ich wcale. Nie minęło kilka miesięcy i pojawił się kolejny pomysł. Tym razem był to pomysł mojej czwórki znajomych. Ponownie złożyliśmy wniosek o dofinansowanie z UE naszego przedsięwzięcia, ale niestety i tym razem się nie powiodło. Mieliśmy jednak tyle zaparcia i wiary w nasz pomysł, że postanowiliśmy to zrobić sami. Przygotowania trwały bardzo długo. Ponad rok przygotowywaliśmy plany sprzedaży naszego produktu, schematy rozmów z klientami, umowy, stronę internetową, wizytówki, udoskonalaliśmy nasz produkt. Zakończenie prac przygotowawczych niestety pokryły się z czasem, kiedy zbliżałam się do końca studiów i pracowałam nad napisaniem pracy magisterskiej. Pochłonęły mnie one na tyle, że sprawy firmowe zeszły na drugi plan. Ukończyłam studia i trzeba było zacząć zarabiać pieniądze na własne utrzymanie. Na zyski z działalności trzeba było jeszcze trochę poczekać, więc za usilną namową rodziców rozpoczęłam pracę na etacie. Miałam plan od 8 do 16 pracować na etacie, a popołudniami i wieczorami rozwijać firmę. Piękny plan, prawda? Niestety życie go zweryfikowało i pokazało, że nie można mieć dwóch rzeczy na raz, a przynajmniej mnie się to nie udawało.

Dziecinnie proste!
Rozmowa z Alicją Buła - założycielką Centrum Opieki Nad Dzieckiem ANIOŁKOWO. Placówka sprawuje opiekę nad dziećmi od 6 do 36 miesiąca życia i - jak mówi właścicielka - jest alternatywą dla tradycyjnego żłobka.
Anna Młynarczyk: Kiedy zrodził się pomysł na Aniołkowo i jak wyglądały przygotowania do tego przedsięwzięcia?
Alicja Buła: Pomysł wziął się z życia. Aniołkowo założyliśmy oboje z mężem dwa lata temu, jako alternatywę dla szukania pracy na etacie. Był to przełomowy okres w naszym życiu. Ja spodziewałam się drugiego dziecka, a mój mąż dopiero, co stracił pracę. Na tamten moment nasza sytuacja nie przedstawiała się zbyt optymistycznie. Trzeba było podjąć działania by temu zaradzić. Jako młodzi rodzice orientowaliśmy się, że w mieście nie ma podobnego miejsca poza dwoma państwowymi żłobkami, do których listy rezerwowych miały nawet po sto dzieci. Zakładając Aniołkowo zdecydowaliśmy się na umiarkowane ryzyko. Pomysł na prywatny żłobek był już przetestowany przez naszych znajomych w innym mieście. Oni też pokazali nam jak wygląda prowadzenie tego typu działalności. Dokładnie więc wiedzieliśmy, co nas czeka. Pierwszym moim działaniem było zarejestrowanie się, jako bezrobotna w Urzędzie Pracy. Tam skorzystałam z pomocy dla młodych przedsiębiorców i otrzymałam dotację na rozwój własnej firmy. Kolejnym etapem było znalezienie odpowiedniego lokalu i przystosowanie go w taki sposób, by spełniał wszystkie wymogi- żeby miał odpowiednią powierzchnię, wysokość pomieszczeń, oddzielne pomieszczenie na sypialnie, bawialnię. Po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć duży dom z łatwym dojazdem. Niestety musieliśmy ponieść bardzo duże nakłady, żeby doprowadzić go do stanu, w jaki jest teraz. Bardzo wierzyłam, że uda nam się tą ruderę doprowadzić do porządku. I miałam rację. Pieniądze z dotacji bardzo nam pomogły, ale niestety przy takim przedsięwzięciu szybko się skończyły i musieliśmy dodatkowo zaciągnąć kredyt w banku.

Taniec 24 h na dobę
Adrian Dobrowolski opowiada o przygodzie z tańcem towarzyskim, która znalazła kontynuację w prowadzonej przez niego firmie. W wywiadzie o tym dlaczego nie warto łapać wielu srok za ogon i dlaczego nauka tańca ma także wymiar pracy umysłowej.
Anna Młynarczyk: Kiedy rozpoczęła się Pana przygoda z tańcem towarzyskim i jak przeobraziła się ona we własną działalność?
Adrian Dobrowolski: Tańczę od 20 lat, natomiast moja żona od 19, czyli to już bardzo długo jak na nasz młody wiek (śmiech). Swoją przygodę z tańcem rozpoczęliśmy oddzielnie. W parze tanecznej jesteśmy już od 15 lat. Był to dla nas czas intensywnych treningów, uczestnictwa w turniejach tanecznych, czas walki i rywalizacji o miejsca na podium. Interesowały nas wtedy szczególnie wyjazdy po całej Polsce i Europie. Koncentrowaliśmy się na tańcu i na mistrzostwach, nie planowaliśmy jeszcze wtedy żadnej wspólnej działalności, bo jak myślę, byliśmy wtedy jeszcze za młodzi. Potem poszliśmy na studia, a po nich rozpoczęliśmy pracę zawodową. Pracowaliśmy w różnych branżach, ale ciągle myśleliśmy żeby robić coś razem. Temat własnej szkoły tańca pojawił się, kiedy rozpoczęliśmy wspólne, dorosłe życie. Taniec to dziedzina, którą oboje znamy bardzo dobrze. Dodatkowo do założenia własnej szkoły tańca zmotywowali nas turniejowi znajomi, z którymi rywalizowaliśmy. Wielu z nich już prowadziło własne szkoły. Pomyśleliśmy, że skoro im się udało, to nam na pewno też się uda. Nie ukrywam początki były dość trudne, ale zainwestowaliśmy w reklamę i ostatecznie przyniosło to pożądane efekty. Reklama to w końcu dźwignia handlu. Po czterech latach nasza działalność rozwinęła się na tyle, że zdecydowaliśmy się na wynajęcie takiego miejsca do ćwiczeń, które będzie dostępne dla uczestników 24 godziny na dobę, miejsca, które ludzie będą kojarzyć z tańcem. Znaleźliśmy dużą salę przy ulicy Kiedrzyńskiej i tu działamy już 3 rok.

Tańczący interes
Rozmowa z Joanną Radecką - tancerką, instruktorką i założycielką Szkoły Tańca SZYK
Anna Młynarczyk: Proszę opowiedzieć nam, kiedy zaczęła się Pani przygoda z tańcem, a następnie z własną działalnością?
Joanna Radecka: Sama tańczę już 20 lat, Szkoła Tańca Szyk istnieje od 18, a od 6 lat działa na zasadzie działalności gospodarczej. Kiedy kilka lat temu nastąpił bum na taniec podjęłam decyzję, że rozpocznę intensywniej pracować na swoje nazwisko. W moim przypadku nie była to nawet trudna decyzja. Ja z reguły podejmuje szybko decyzje (śmiech). Może czasem zbyt pochopnie, ale decyzji o otwarciu własnej szkoły nie żałuję.





